Blogi kulinarne to w 99% nic nie znaczący brudnopis.



W pewnym, archiwalnym numerze magazynu Press trafiłem na listę najlepszych blogów książkowych. Zestawienie jak ich setki, ale całkiem dobrze oddające realia miejsc w szeregu najbardziej popularnych blogów o takiej tematyce. Oczywiście, jak to w takich top listach zawsze bywa, można się spierać czy nie powinno się czegoś dorzucić, czegoś wywalić itp. Sami wiecie o co chodzi.

Ale trafiając na ten tekst od razu wpadłem na pomysł że też chcę! Wiecie, zrobić jakiś ranking. W poprzednim numerze było o blogach męskich, w aktualnym o książkowych więc te mam z głowy. A że akurat z koleżanką w pracy rozmawialiśmy o jedzeniu to wpadłem na pomysł że będą to popularne ostatnio blogi kulinarne. Ale nie te najbardziej znane. Po co pisać o tym co wiadomo. Pomyślałem że zajrzę na grupy blogerskie i poszukam czegoś wśród młodzików. Zobaczymy jakie ścierwo jedzą. Przeszukując najnowsze posty, szukałem czegoś naprawdę fajnego i tu mnie spotkało pozytywne zaskoczenie. Otóż ok 80% tytułów najnowszych postów mówi nam o tym, że wszyscy naprawdę chcą jeść dobre, czasem zdrowe czasem mniej posiłki. A na pewno urozmaicone. Wypas, w końcu napiszę coś co mnie pozytywnie ostatnio zaskoczyło i będę rozpływał się w pochwałach nad młodymi (najczęściej) blogerkami.

I dupa. Przejrzałem w 4 godziny ok 50 blogów bo chciałem zrobić coś w stylu 5 najciekawiej zapowiadających się blogów kulinarnych. Żaden nie był blogiem. Wszystkie to brudnopisy, pamiętniki z przepisami. Nic więcej. I nie dlatego, że te przepisy były złe, czy kopiowane czy miały słabe szablony. Wszystkie te blogi po prostu miały identyczny sposób prowadzenia.

Pierwszy sposób - Po prostu wrzucony przepis.
Drugi sposób  - Parę zdjęć z przygotowywania, gotowania i efekt końcowy.


Czy ktokolwiek regularnie zajrzałby do takiego bloga? Oprócz mamy czy siostry? Co jest tam takiego czego nie znajdę w popularnych książkach kucharskich online? Pierwszy post. Sałatka. Drugi post jakieś ciasto. Trzeci, guacamole. No i co z tego? Jakbym chciał zrobić guacamole to bym wpisał w Google odpowiednią frazę lub w YouTube. Zero wyrazistości, zero ciekawostek, przebranych owoców, historii przyprawy, czy 30 sposobów podania paluszków rybnych (!). Tylko przepis pod przepisem. Jeśli ktoś chce prowadzić swoją własną książkę kucharską to ok. Rzeczywiście jest to jakiś sposób. Jeśli ktoś chce dotrzeć swoimi przepisami do jakiejś grupy docelowej i mieć czytelników to mam dla takich blogerów kulinarnych złą wiadomość. Najpóźniej za pół roku i tak dacie sobie z tym spokój. Nie potraficie dać nic, czego nie znalazłbym w pół minuty w Google. Niestety. Nawet jeśli przepis jest tak wypasiony, że język odkrywa całkowite nowe rejony smaku to co z tego? Nikt Wam nie uwierzy. Nie dostaniesz nawet w gratisie torebki ryżu od firm.

Cały myk polega na tym, że książki z przepisami także słabo się sprzedają. Dlatego blogi kulinarne trzeba by było połączyć np. Że zdrowym trybem życia lub z jakimiś przekonaniami czy wprowadzić elementy hobbystyczne. Jak np. Jedzenie z filmów, czy potrawy z Gry o Tron. Można inaczej? No pewnie i te pomysły już wdrożono z całkiem niezłym skutkiem. Można przecież zrobić bloga z kuchnią danego rejonu świata i opisywać dodatkowo kulturę, przyzwyczajenia itp. Można też żartobliwie np. Posiłki do dychy czy coś dla prawdziwych wikingów. Można też robić cuda z samego ziemniaka i znaleźć swoją niszę i być w niej mistrzem. Ale nie robić bloga i jebać przepisy. Kto je będzie czytał?

Podsumowując - Zero kreatywności w kulinarnym światku blogerskim. A dlaczego nie zrobić np. Jedzenie podane w bucie? I robić niespotykane instalacje z jedzenia i dodatkowo trzaskać hajs od firm obuwniczych, heh?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz